Przysięga a ślubowanie - Studio Video - Aton

Idź do spisu treści

Menu główne:

Przysięga a ślubowanie

Poradnik
 
 
 
 

Przysięga a ślubowanie

Obiegowa opinia na temat rad ewangelicznych (czyli między innymi na temat czystości, ubóstwa i posłuszeństwa) sugeruje,
że do wprowadzania ich w życie zobowiązane są jedynie osoby duchowne.
Taki pogląd mija się jednak z prawdą. Rady te są bowiem zakorzenione w Sakramencie Chrztu i dlatego dotyczą wszystkich chrześcijan.
Z tego powodu tak duchowni jak i ludzie świeccy, żyjący w małżeństwie czy samotni,
w równym stopniu powołani są do ich codziennej realizacji.
W rzeczywistości, najczęściej jednak rady ewangeliczne są programem życia dla osób zakonnych,
które starają się żyć nimi zarówno wewnątrz swoich wspólnot,
jak i w ramach zewnętrznej aktywności apostolskiej.
Dlatego też, mówi się o ślubach zakonnych, które wyróżniają członków zgromadzeń spośród pozostałych duchownych,
czy też osób świeckich.
W języku potocznym bardzo często utożsamia się słowa „ślub”, „ślubowanie” z „przyrzeczeniem” i „przysięgą”.
Tymczasem, są to terminy pokrewne, ale nie tożsame.
Przysięga jest zapewnieniem, któremu daję gwarancję realizacji, kładąc na szali swój honor, czy w skrajnych przypadkach nawet własne życie.
Ślubowanie natomiast jest wyrażeniem najszczerszej woli dokonania czegoś, ale bez dania gwarancji na wypełnienie tegoż postanowienia.
Bardzo często zakonnicy i zakonnice traktują złożone przez siebie śluby jako cel sam w sobie:
„Jestem zakonnikiem, aby być czystym, posłusznym i ubogim”.
Takie rozumienie konsekracji bywa źródłem frustracji, niepewności, strachu i samooskarżania się,
jeśli nie dają rady żyć na miarę złożonego ślubu. Dzieje się tak, ponieważ bardzo często zapominamy,
że śluby zakonne nie są celem samym w sobie, lecz tylko środkiem do osiągnięcia prawdziwego celu.
Celem tym jest Caritas, czyli Miłość, którą to jest sam Bóg.
Śluby zaś są sposobem i próbą odpowiedzi na tę Bożą Miłość, prowadzącą nas do pełni szczęścia.
Zakonnicy i zakonnice często zapominają także o tym, że konsekracja, nawet jeśli jest wieczysta, nie jest wartością nabytą raz na zawsze. Śluby należy realizować każdego dnia na nowo i to bardzo często,
w nieustannych zmaganiach oraz wielokrotnie podejmowanych trudnych decyzjach.
Śluby mają pomóc przede wszystkim konkretnej osobie zakonnej, w osiągnięciu nadrzędnego celu,
a dopiero potem mają służyć dobru instytucji, jaką jest klasztor czy zgromadzenie.
Stąd, fakt opuszczenia murów klasztornych przez duchownego i jego ewentualne małżeństwo
nie muszą powodować unieważnienia wcześniej podjętych w formie ślubu postanowień.
Czystość, ubóstwo i posłuszeństwo, praktykowane w innych już warunkach,
dalej przyczyniają się do duchowego wzrostu, a więc i do zbawienia.
W końcu, stosowanie w życiu codziennym rad ewangelicznych – tak przez zakonników, zakonnice,
jak również przez osoby świeckie – powinno być pewnego rodzaju protestem przeciwko temu, co proponuje dzisiejszy świat.
Na wybujały indywidualizm i pragmatyzm należy odpowiedzieć posłuszeństwem.
Na rozpasany materializm, na dążenie do sukcesu za każdą cenę,
na fakt nieustannej walki o wyższe miejsce w hierarchii społecznej należy odpowiedzieć ubóstwem i pokorą.
Wreszcie zmysłowemu hedonizmowi, obyczajowej swobodzie i egocentryzmowi w każdej dziedzinie życia należy przeciwstawić czystą,
czyli doskonałą w swej jakości, szlachetną Miłość.
 
 
 
 
Ślub czystości

Dla wielu ludzi zakonna czystość utożsamia się z celibatem, czyli bezżeństwem, w konsekwencji z brakiem rodziny,
a nade wszystko, z rezygnacją z jakiejkolwiek formy seksualności.
To prawda, że ślub czystości dotyka tę sferę życia człowieka, a więc jego seksualność, cielesność, potrzebę wyrażania i otrzymywania uczuć; dotyka, ale nie neguje tego wszystkiego.
Ślub czystości, jak każdy inny ślub, jest środkiem do osiągnięcia zjednoczenia z Bogiem.
Jest specyficzną formą miłości, podporządkowaną Caritas.
Wielu mistrzów życia duchowego nazywa „czystość” głęboką przyjaźnią z Bogiem i ludźmi, przyjaźnią wolną od zaborczości i chęci posiadania. Miarą czystości jest zatem zdolność do głębokich przyjaźni.
Ślub czystości nie wskazuje na odrzucenie seksualności, ale na jej uszlachetnienie, nie na ucieczkę od uczuć i możliwości kochania,
ale na głębokie zaangażowanie się w Miłość.
Czystość polega zatem na jakości, na naszej wewnętrznej szlachetności.
Członkowie wszystkich zgromadzeń zakonnych realizują czystość w połączeniu z celibatem,
który jest tylko jedną z dodatkowych form realizacji owej wartości, zwanej „czystością”.
Natomiast w sytuacji małżonków ta sama czystość oznacza nieustanne zacieśnianie, pogłębianie
i doskonalenie ich związku w duchu Bożej Miłości, również w sferze życia seksualnego.
W świadomości niektórych zakonników i zakonnic daje się zauważyć negatywny obraz natury ludzkiej.
W imię tego obrazu neguje się seksualność i cielesność, a ciało oraz wszystko, co się z nim wiąże (a więc uczucia i emocje)
uchodzi za siedzibę grzechu. Takie podejście – nie tak rzadkie w Kościele – budzi nienawiść do własnej seksualności i zmusza do walki z nią. Tymczasem, seksualność jest wartością pozytywną, błogosławioną przez Boga.
Nie wolno jej tłamsić, ani niszczyć. Można i trzeba jedynie starać się panować nad nią, gdy wymaga tego konkretna sytuacja.
 
 
 
 
Ślub ubóstwa

Bardzo często jesteśmy zgorszeni bogactwem Kościoła, a nie rzadko i samych zakonników lub zakonnic.
Uważamy, że powinni oni żyć w większym materialnym ubóstwie.
W ten sposób trochę nieświadomie redukujemy ślub ubóstwa do wymiaru właśnie czysto materialnego,
mimo że idea ubóstwa jest o wiele szersza.
Ubóstwo materialne jest na pewno ważnym aspektem życia zakonnego, praktykowanym już od samych początków jego istnienia.
Również i dzisiaj nic nie straciło na swoim znaczeniu. Nie w tym jednak leży istota ślubowanego ubóstwa.
Nieposiadanie na własność rzeczy materialnych nie jest celem samym w sobie, ale – jak już mówiliśmy – środkiem do osiągnięcia Caritas.
Ubóstwo polega przede wszystkim na wolności w stosunku do rzeczy materialnych, w celu tym pełniejszego poświęcenia się Bogu i ludziom. Chodzi więc o wolność wewnętrzną, a nie o samo „nieposiadanie”.
Bardziej niż nieposiadanie ważne jest nie przywiązywanie się do tego, co się ma.
Można mieć niewiele w sensie ilościowym, ale i ta własność może uczynić ze mnie niewolnika.
Stąd w zakonach tak wielką wagę przywiązuje się do wspólnotowego posiadania dóbr, do dzielenia się tym co mam ze współbraćmi.
Natomiast, w swoim zewnętrznym przejawie, dzisiejsze rozumienie ubóstwa idzie w kierunku solidarności z tymi,
którzy są biedni w sensie materialnym i duchowym, z opuszczonymi, z tymi, którzy są na marginesie społeczeństwa.
Ubóstwo, to zaangażowanie się w pracę z nimi, to walka o nowy, bardziej ludzki i sprawiedliwy świat.
Zrzeczenie się posiadania dóbr materialnych ma prowadzić do wolności,
ale nie może być przeszkodą w wykonywaniu misji zleconej przez Kościół i zakon.
Czasami w imię ubóstwa, rozumianego jako cel, a nie jako środek do celu, pozbawia się członków wspólnoty tego,
co niezbędne do godziwego życia, czy też bardziej owocnego wykonywania ich misji.
Zachowanie równowagi i pozytywnego nastawienia do ubóstwa,
a więc brak „dziadostwa” z jednej strony, i „bufonady” z drugiej, czyli normalny, jak u większości społeczeństwa styl życia,
jest na pewno doskonałym świadectwem miłości chrześcijańskiej.
Jednocześnie, ubóstwo to nie tylko wolność wobec rzeczy materialnych.
Samo pojęcie „ubogi” sugeruje związek z wyrażeniem „u Boga”. Ubóstwo wskazuje zatem na jeszcze jeden, bardzo ważny aspekt duchowy: wiąże nas z niebem, z Bogiem: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie”.
Tak więc, człowiek ubogi, to taki człowiek, który akceptuje swoje ograniczenia, własne słabości i grzeszność;
który w rękach Boga składa całe swoje życie; który polega nie na swoich możliwościach,
lecz przede wszystkim z mocy Boga czerpie siłę niezbędną do budowania swojego szczęścia.
 
 
 
 
Ślub posłuszeństwa

Jednym z największych i najsłuszniejszych pragnień każdego człowieka jest wolność.
Bardzo często jednak, wolność utożsamiamy z nieograniczoną swobodą. Niewłaściwie rozumiane hasło św. Augustyna:
„Kochaj i czyń, co chcesz” powoduje, że wolność przekształca się w anarchię, a to z kolei prowadzi do zniewolenia.
W świetle pragmatyzmu, źle pojętej wolności i dogmatycznego liberalizmu, ślub posłuszeństwa jawi się jako zupełnie niezrozumiały,
a wręcz zaprzeczający ludzkiej godności oraz ludzkim aspiracjom.
W tej sytuacji, ewangeliczne posłuszeństwo staje się istnym paradoksem: być posłusznym, w celu bycia wolnym ?
Dla wielu ludzi zakonne posłuszeństwo kojarzy się z bezmyślnym wykonywaniem przez zakonnika wszelkich poleceń przełożonego,
jako przekaziciela Bożej woli.
Jednak, ewangeliczne posłuszeństwo nie jest serwilizmem, nie jest rezygnacją z własnego zdania,
ani też bezwolnym i pełnym lęku poddaniem się wyroczni w osobie przełożonego.
Posłuszeństwo jest po prostu wyrzeczeniem się własnego zarozumialstwa i jednocześnie wspólnym szukaniem drogi poprzez konsensus,
a także szczerą i konstruktywną krytykę. Pięknie na ten temat mówi o. Timothy Radcliffe, były generał dominikanów:
„Posłuszeństwo w naszej tradycji nie jest zasadniczo uległością brata czy siostry wobec woli przełożonego.
Ponieważ jest ono przejawem naszego braterstwa z innymi, życia dzielonego w Zakonie, stąd opiera się na dialogu i dyskusji.
Często zauważa się, że słowo „obedire” pochodzi od „ob-audire”, co znaczy: słuchać.
Prawdziwe posłuszeństwo zaczyna się wtedy, gdy zdobywamy się na odwagę,
by pozwolić naszemu bratu czy siostrze mówić, a my ich słuchamy”.
Posłuszeństwo bardzo często staje się najcięższym brzemieniem w życiu zakonnym, bo dotyka tego, co w nas najbardziej kruche; nasze „ego”. W zakonach często dochodzi do konfliktów między wolnością jednostki, a strukturą zgromadzenia w osobie przełożonego.
Wzajemne oskarżenia, autorytaryzm i brak zaufania, które są owocami takich konfliktów, skutecznie zatruwają życie wspólnotowe.
Gdy tak się dzieje, widać iż zapomniano o tym, że również posłuszeństwo nie jest samo w sobie celem, a tylko środkiem do osiągnięcia Caritas. Egoizm podwładnego czy przełożonego musi być pokonany,
aby mogło nastąpić otwarcie się na drugiego, na wzajemne słuchanie, na konstruktywny dialog.
Zawsze jednak trzeba pamiętać, że ostateczną normą posłuszeństwa jest własne sumienie.
 
 
 
 
W glinianym naczyniu

Rady ewangeliczne są wielkim darem Boga, darem przechowywanym przez nas w „kruchym, glinianym naczyniu”.
Są bez wątpienia wyjątkową pomocą w procesie zbliżenia się do Niego.
Zdarza się jednak, że na tym glinianym naczyniu w pewnym momencie pojawiają się rysy lub pęknięcia.
Osoby zakonne składając śluby nie mogą wiedzieć, czy w przyszłości będą im wystarczająco wierne, czy też nie.
Nie są w stanie niczego zagwarantować.
Mogą jedynie robić wszystko, aby stało się tak, jak ślubują, nie tyle pokładając ufność w swoich własnych siłach, ile polegając na Bożej pomocy. Wierzą, że jeśli Bóg je wybrał, to da im siły do wytrwania w powołaniu. Dlatego śluby stają się dla nich znakami nadziei pokładanej w Bogu.
Ślubowane rady ewangeliczne są zatem darem, ale i wyzwaniem dla człowieka.
Są one zobowiązaniem do pewnego radykalizmu i do ciągłych starań o ich wypełnienie. Nie mogą być jednak ciężarem nie do zniesienia.
Bóg nie potrzebuje naszych ślubów. To nam mają one służyć, jako mobilizacja w dążeniu do tego podstawowego celu każdego chrześcijanina, jakim jest zjednoczenie z Bogiem. Chodzi o to, żeby śluby służyły człowiekowi; nie zaś o to, by człowiek podporządkowany był ślubom.
Są one bowiem tylko środkiem, a nie celem samym w sobie.
Słuszność ma o. Timothy Radcliffe,
kiedy mówi: „Prawdą jest, że czasami brat lub siostra mogą odkryć, że są niezdolni do kontynuowania złożonych ślubów.
Może tak być z powodu braku rozeznania w czasie formacji początkowej lub po prostu dlatego, że jest to życie,
którego – w całej uczciwości – nie mogą już dłużej znieść.
Na taką okoliczność istnieje mądre rozwiązanie; możliwość dyspensy, czyli zwolnienia ze ślubów.
Dziękujemy wtedy za to, co oni nam dali i cieszymy się z tego, w czym z nimi uczestniczyliśmy!”.
 
 
 
 
Zwolnienie ze ślubów (Dyspensja)

Każdemu człowiekowi duch ubóstwa, posłuszeństwa i czystości jest niezbędny na drodze ku doskonałemu szczęściu.
W oparciu o tę świadomość, niektórzy z pośród nas postanawiają realizować powyższe wartości w sposób bardziej intensywny i zdecydowany. Czynią to przede wszystkim dla własnego, tym pełniejszego szczęścia (zbawienia),
oraz dla dobra innych, wobec których starają się być szczególnymi świadkami Chrystusa.
Będąc zaś świadomymi trudności podjętych zadań, deklarują swe najlepsze intencje w formie uroczystego i publicznego ślubowania,
prosząc jednocześnie Boga Wszechmogącego oraz wszystkich ludzi, by pomagali w jak najlepszej ich realizacji.
Z tego też powodu większość ślubujących gromadzi się w odpowiednich wspólnotach życia.
Przystąpienie do współuczestnictwa w życiu jakiegoś zgromadzenia zakonnego jest dobrowolne i celowe, ale nie musi być dozgonne.
Bywają okoliczności, które tłumaczą i usprawiedliwiają daną osobę duchowną, gdy ta decyduje się opuścić swoją wspólnotę.
Czasami, owe okoliczności wręcz obligują do tego.
W takiej sytuacji były zakonnik lub zakonnica w dalszym ciągu winni się starać o wypełnianie ślubów,
zaś wybór stanu cywilnego zależy tylko i wyłącznie od ich osobistej decyzji.
Oficjalne orzeczenie władz zakonnych, zwalniające odchodzącego z pełnionych dotychczas obowiązków (dyspensa),
ma charakter czysto formalny i porządkowy. Od tej chwili taki człowiek przestaje być członkiem danej rodziny zakonnej.
Prawo Kanoniczne otwiera przed nim możliwość powrotu do stanu świeckiego,
co w żaden sposób nie wzbrania mu żyć dotychczas kultywowanymi wartościami.
Na końcu dodajmy, że nieco inaczej ma się sprawa z zakonnikiem, który dodatkowo jest kapłanem.
Fakt zwolnienia ze ślubów i opuszczenie zgromadzenia zakonnego,
nie rzutują na prawa i obowiązki wynikające z przyjętych święceń kapłańskich.
Taki duchowny przyjmuje status księdza diecezjalnego i już samodzielnie
oraz w odmiennych warunkach życia podąża za ideałami rad ewangelicznych.
 
 
 
 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego